Nie chodzi o to gdzie się wyjeżdża, z kim i w jakich okolicznościach.
Chodzi o to żeby po prostu wyjechać, oderwać się od rzeczywistości i codziennych obowiązków. Ważny jest tez etap przygotowywań. Zbierania informacji, kompletowania sprzętu, czytania relacji, pracy nad kondycją fizyczną. To wszystko motywuje do codziennych nudnych obowiązków.
Jest też element tego czegoś, tego czegoś ekstremalnego. Jakiegoś motywu przewodnieniego. Np. najwyższego szczytu czy najgłębszego jeziora.
Musi być też trochę szaleństwa.
Wszystko to po to,żeby czerpać dziką satysfakcje z całego przedsięwzięcia.
W wyprawie rowerowej lubię moment, kiedy po całym dniu jazdy, rozkłada się namiot, rozpala kuchenkę, gotuje jakiś ryż. Siadasz, jesz, rozmyślasz, jesteś dumny z siebie, krew jest przepełniona endorfiną.
Wskakujesz na rower i jedziesz przed siebie. Robisz dokładnie tyle kilometrów, na ile masz ochotę, zatrzymujesz się w tych miejscach, które wydają Ci się ciekawe. Rozmawiasz z miejscowymi. Czujesz każdy zapach. Wiatr owiewa Ci twarz. Widok przedniego koła i sakw. Boląca pupa. Oblewanie się wodą z bidonu. Walczysz z podjazdami. Przychodzą chwilę kryzysu, ale szybko je przezwyciężasz. Cały dobytek na rowerze. Jesteś samowystarczalny. Myśli błądzą gdzieś daleko, zapominasz o wszystkim…
Wczoraj do warsztatu dziadka przychodzi sąsiad. „No ładnie. Bałkany, samotnie. Musza Ci synek powiedzieć, że lubia takich szaleńców jak Ty, bo oni pchają cały świat do przodu”.
mateusz
music by agnieszka
niedziela, 22 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz