To jest sobota. Zachód słońca. Camping. Zielona trawka. Plaża, piwko, kolacja (chińszczyzna), mp3 w uszach, zaraz fajka. Barszczyk czerwony popijam, bo polonijnie musi być. Znowu dzisiaj ciepły prysznic. Co się ze mną dzieje! Na polu, oprócz mnie 3 pary. Obleśni Brytyjczycy, puszczają muzykę na pełny regulator. Potem Austriacy, przyjechali Volskwagenem Transporterem. Wszystko maja poukładane. Stoliczek, krzesełka, kolacja na talerzu i takie różne inne jeszcze bajery. Nie wyobrażam sobie, co by się tu działo gdyby był środek sezonu. Dzisiaj droga bardzo ok. Bez wymagających podjazdów, wiatr w plecy. Za to obiad wypaśny – ryż, sos, ser i cola !
Dzień VIII, Niedziela, 19:00, 145km,
145 km w słońcu ! Podjazdy! Jestem porypany! Szkoda tylko, że ominąłem Dubrovnik. Spaliłem sobie konkretnie uszy. Jestem wykamany. Łapy też mam spalone. Rozbiłem się na polu. Obok mnie siedzi pies, prowadzimy rozmowę o życiu i śmierci. Woda na „gorący kubek” już prawe zagotowana. Ostatnie kilometry były mordercze. Jutro wjeżdżam do Czarnogóry. Ciekawe co mnie czeka. Zrobię na wszelki wypadek zaopatrzenie w Chorwacji. W środę widzę się w Podgoricy z chłopakami. Nie mam jeszcze żadnej mapy Czarnogóry. Zaraz piwko, fajeczka, gwiazdy. Tęsknie za Agnieszką. Już jestem trochę zmęczony wyprawą. Przydałby się jakiś wyprawowy partner.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz